Adwokatura to nie jest sposób życia dla każdego, a adwokat to nie jest wyłącznie nazwa zawodu. Gdzie popełniliśmy błąd?

Pewien dowcip głosi, że Jasio na pytanie nauczycielki, kim chciałby być w przyszłości, stwierdził, że najchętniej stałby pod budką z piwem z kolegami, bo to samo w sobie jest przyjemne, nie chciałby zarabiać, bo ludzie co do zasady są dobrzy i by go wsparli, latem spałby w altance, więc korzystałby z uroków świeżego powietrza. Nie myślałby o Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, Narodowy Fundusz Zdrowia z uwagi na ekologiczny charakter żywota Jasia by go nie dotyczył, podobnie jak urząd skarbowy. Jaś, zgodnie ze swoją deklaracją, byłby wolnym i szczęśliwym człowiekiem.

Kawał kończy się projekcją tego, co spotkało Jasia: -ente piętro wieżowca w Dubaju, liczne nieruchomości, prywatna wyspa i własny jacht kołyszący się na wodzie i zastygłe na ustach naszego bohatera pytanie: gdzie popełniłem błąd?

Przewrotnie porównując wymarzone przez Jasia życie do kierunku, w jakim zdaje się zmierzać adwokatura, także i ja zadaję sobie pytanie, gdzie popełniliśmy jako środowisko błąd. Nie mam tu jednak na myśli tego, że jest nas nieporównywalnie więcej niż przed laty, a posługiwanie się tytułem zawodowym stało się osiągalne dla osób, które (tak jak i ja) mają z nim styczność ledwie w pierwszym pokoleniu. „Gdzie popełniliśmy błąd?”.

To pytanie kieruję do nas wszystkich, gdy pomimo solidnych podwalin zawodu wykonywanego przez ludzi, którzy umiłowali sobie wolność i niezależność, coraz szybszym i bardziej śmiałym krokiem zmierzamy do tego, aby pochylić głowę przed własnym komfortem i krótkowzrocznym bezpieczeństwem mającym dać nam możliwość opłacenia pralki na kredyt. Przed laty popularność zyskało wyborcze hasło mec. Krzysztofa Boszko: serce adwokatury bije w izbach.

Dziś, choć zachowuje aktualność, uzupełniłabym je o słowo „mniejszych”. – Serce adwokatury bije w mniejszych izbach. To w nich adwokaci wykonują wiele samorządowych aktywności społecznie i nie pobierają diet finansowanych z portfela kolegów i koleżanek. To tam członkowie palestry znają się nie tylko z list pro wadzonych przez ORA lub legitymacyjnych zdjęć, lecz z nazwisk i twarzy, które spotykają w codziennej praktyce. To one wreszcie krzewią w adeptach adwokackiej sztuki zasady koleżeństwa i kultywują wartości jakże istotne w tej pracy – poczucie odpowiedzialności, potrzebę samodzielności i umiłowanie wolności, której nie zapewni żaden, choćby najbardziej wyrozumiały pracodawca.

Nie mam wątpliwości, że potrzeba wprowadzenia do adwokatury umowy o pracę, praktykowania w spółkach prawa handlowego czy połączenia z samorządem radców prawnych, to pomysły, które nie rodzą się w głowach adwokatów znających wykonywany zawód od strony jego blasków i cieni. Nie są to koncepcje praktyków mających świadomość jego społecznego posłannictwa i świadomych, że niezależność adwokata nie jest wyrazem dbałości o jego dobre samopoczucie, lecz bezpiecznikiem, który obok tajemnicy adwokackiej służy nade wszystko obywatelowi.

Pomysł pozbawienia adwokatury tego, co w niej wartościowe, nie wywodzi się z kręgów ludzi, którzy weszli do zawodu o wieloletniej tradycji i ponadczasowych normach, lecz grup interesów skupionych wokół wielkich prawniczych korporacji, usytuowanych w dużych miastach i – nie mam co do tego wątpliwości – mających więcej wspólnego z biznesem niż adwokaturą, a przez to niemających skrupułów przed narzuceniem jej własnych reguł. Niczym ktoś, kto z chęcią przywdziałby duchowną szatę, lecz nie po drodze mu z celibatem.

Adwokatura to nie jest sposób życia dla każdego, a adwokat to nie jest wyłącznie nazwa zawodu. Wbrew prawnikom z metropolii ani jedno, ani drugie nie opiera się wyłącznie na finansach, lecz nade wszystko na wartościach, szacunku do człowieka i koleżeństwie. Jeśli tego nie dostrzegają, a na pierwszy plan wysuwa się interes własny, sugeruję – niczym Jaś – zerkając na swoje dobra zadać sobie proste pytanie: gdzie popełniłem błąd? I ze wszech sił starać się go naprawić.