Wiadomo, że adwokaci tak samo jak np. lekarze uczą się całe życie. Jedynie na początku zawodowej drogi niektórym z nas towarzyszy niczym niezmącone przekonanie, że o prawie wiemy wszystko, a droga dojścia do określonego rozwiązania jest nie tylko prosta, ale i łatwa do przewidzenia. Rzeczywistość dość szybko nakazuje zweryfikowanie poglądów i myślę, że nie będzie nadużyciem stwierdzenie, iż z każdym rokiem praktyki zawodowej adwokatowi przybywa wątpliwości. Nie tyle we własną wiedzę lub umiejętności, bo te z oczywistych względów wzrastają, ile w to, jaki w praktyce sytuacja naszego klienta może przybrać obrót i czy rozwiązanie jest jedno. To doświadczenie bowiem, a nie wiedza akademicka pozwala nam niejako przewidywać przyszłość, określać ryzyko i faktycznie mieć świadomość, że ono istnieje.

Choć w środowisku adwokackim mówimy niekiedy, że niektóre przepisy, pomimo ich powszechnego obowiązywania, w tym czy innym sądzie się nie przyjęły, jesteśmy w większości świadomi, że obok samokształcenia warto brać udział w zorganizowanych formach szkolenia zawodowego. Przypomina nam o tym także samorząd, który nakłada na adwokatów odpowiedni obowiązek, a ci się podporządkowują. Co jednak jest problemem i gdzie zarazem objawia się różnica pomiędzy adwokatami i lekarzami?

Niedopełnienie przez lekarza obowiązku szkoleniowego oznacza odpowiednią adnotację w jego aktach osobowych, zaś adwokat, który nie wykaże się odpowiednią liczbą punktów – musi liczyć się z postępowaniem dyscyplinarnym. Obowiązek wynika bowiem z uchwały NRA. Problem jednakże w tym, że powiązania obowiązku szkoleniowego z koniecznością dokumentowania go pod rygorem uznania zaniedbania w tym obszarze za delikt nie dostrzegł Wyższy Sąd Dyscyplinarny w (przynajmniej jednym) orzeczeniu z 2017 r. Stwierdził w nim m.in., że wyrażone w kodeksie etyki zobowiązanie adwokata do respektowania uchwał adwokatury nie może mieć zastosowania do tych spośród nich, które wykraczają poza obszar kompetencji nadanych ustawą, a zatem – są z nią sprzeczne. Traf chciał, że dokładnie taka relacja zdaje się zachodzić pomiędzy prawem powszechnym i adwokackim obowiązkiem dokumentowania odbytego szkolenia wynikającym z uchwały NRA. Znane powiedzenie mówi, że szewc bez butów chodzi. Nie powinno zatem dziwić, że lekarze, choć leczą innych, to u siebie samych nie dość szybko diagnozują choroby, a adwokaci, choć biegli w prawie, właśnie z nim miewają skomplikowane związki. I rzeczywiście nie dziwi. Odrobinę jednakże zastanawia, że omawiana rozbieżność występuje od lat i samorząd nie podjął odpowiednich działań, aby wyeliminować chaos we własnym otoczeniu. Adwokat to zawód wolny, ale rzeczywiście wolny wydaje się przede wszystkim adwokacki samorząd na najwyższych szczeblach. O ile w pierwszym przypadku wolność niekiedy wznosi członków palestry w ich zawodowych działaniach w kierunku heroizmu, o tyle drugi zbyt często zdaje się celebrować konformizm.

Moje doświadczenie z adwokaturą sięga ledwie 2007 r., ale nie mam wątpliwości, że żaden istotny problem środowiska nie został przez miniony czas rozwiązany, za to do perfekcji doprowadzono umiejętność żonglowania potrzebą analizy zagadnienia i odkładaniem jego rozwiązania na później.

Do perfekcji doszliśmy w żonglowaniu potrzebą analizy zagadnienia.

Przy równoczesnym przymykaniu oka na to, że niektóre z istotnych obszarów wewnętrznych regulacji prawnych są albo umiarkowanie zgodne z prawem, albo całkiem nieaktualne. Jeśli bowiem przyjąć, że każda uchwała samorządu z definicji zobowiązuje adwokatów do określonego zachowania, a sprzeczność w tym obszarze rodziłaby ryzyko odpowiedzialności dyscyplinarnej, to nie tylko ja, pisząc felietony, ale nawet prezes NRA publikujący cyklicznie własne – postępuje niezgodnie z nadal obowiązującą uchwałą prezydium NRA z 2006 r. Zgodnie z nią tego typu publikacje nie powinny być zamieszczane częściej niż raz w miesiącu w danym dzienniku lub czasopiśmie i nie więcej niż w trzech tytułach prasowych w miesiącu.